Licencje hodowlane – zalety, wady i więcej wad

„Przez ostatnie dwadzieścia kilka lat działaliśmy jako hodowcy w organizacji posiadającej jeden z najbardziej restrykcyjnych regulaminów hodowlanych (SHKRP – przyp. red.) wśród wszystkich członków FIFé. Gdyby teza, że im bardziej restrykcyjny i surowy regulamin – tym większy ład i porządek, była prawdziwa, to zapewne ta organizacja działałaby nadal bardzo sprawnie, a polskie hodowle byłyby słynne na całym świecie, jako te, które hodują najwartościowsze koty, pożądane w hodowlach całego świata. Wszyscy mamy świadomość, że takiej renomy powszechnie nie mamy – wręcz odwrotnie. Dlaczego?”

Tymi słowami rozpoczynał się artykuł „Licencje hodowlane – dlaczego jesteśmy przeciw?” autorstwa A. Gadziny i T. Waluśkiewicza opublikowany w magazynie KOT 7(11) w 2006 – w czasie gdy na nowo kształtowała się rzeczywistość hodowlana po rozpadzie SHKRP i zaistniała konieczność zrewidowania starych poglądów. Jednym z pozytywnych skutków transformacji było zniesienie powszechnego obowiązku zdobywania „licencji hodowlanych”.

Dziś, 10 lat od utworzenia Federacji Felinologicznej Felis Polonia, temat powrócił i wydaje się, że licencje hodowlane znów trafią do regulaminów największej kociej organizacji w Polsce.

Czym jest licencja hodowlana?

Licencja hodowlana to pozwolenie na użycie kota w hodowli po spełnieniu przez niego określonych warunków. Najczęściej oznacza to obligatoryjny udział w wystawach i zdobycie odpowiednich ocen – co najmniej Excellent: dwóch dla kotki i trzech dla kocura. Motywacją do wprowadzenia licencji było uniemożliwienie rozmnażania kotów niezgodnych ze standardem rasy, a przez to podniesienie jakości hodowanych w Polsce kotów.

Czy licencje spełniają swoją rolę?

Czy w polskich hodowlach rodzą się koty nie spełniające standardu? Odpowiedź na to pytanie tylko na pozór wydaje się oczywista. Pomijając przypadki wad wrodzonych, które mogą się zdarzyć nawet w najlepszej hodowli, znakomita większość kotów, które na myśli mają zwolennicy licencji hodowlanych, to koty słabe w typie. Słabe w typie, a nie niespełniające standardu. Różnica nie tkwi wyłącznie w nomenklaturze.

W standardzie, ze względu na jego małą precyzyjność, mieści się bardzo szeroki zakres fenotypów. Słowa wymagają interpretacji, a ta bywa bardzo różna. To z tego powodu ten sam kot u dwóch sędziów może uzyskać skrajnie odmienne noty. To dlatego wśród hodowców są zwolennicy i przeciwnicy danego typu. To właśnie interpretacja skutkuje ewoluowaniem wyglądu ras pomimo braku formalnych zmian w standardzie.

Również statystyki potwierdzają jak chybiony jest argument o podnoszeniu jakości kotów hodowlanych poprzez licencje. W 2014 roku odbyło się 21 weekendów wystawowych, czyli 42 wystawy. Do katalogu zostało zgłoszonych ponad 5600 kotów rasowych, co daje ponad 11 tysięcy sędziowskich ocen. Tymczasem oceny VG zostały wystawione… 25 razy. Stanowi to zaledwie 2 promile wszystkich ocen. Czy należy przez to rozumieć, że więcej niż 99% kotów które pojawiają się na polskich wystawach to koty „znakomite” i wszystkie one powinny być rozmnażane? Śmiem wątpić.

W 2014 tylko 1 kot otrzymał VG dwa razy. Pozostałe, które uczestniczyły w ocenie w obydwa dni wystawowe, w drugim dniu uzyskały upragnioną ocenę Excellent (w tym trzy z nich dodatkowo certyfikat, a jeden BIV). Gdy spojrzeć na ogół osiągnięć wystawowych w omawianym roku można zauważyć, że wśród kotów które otrzymały VG są takie, które wygrywały już BIS, otrzymywały nominacje lub BIV. Jeden miał już nawet tytuł CH. To więcej niż potrzeba do zdobycia licencji.

Jeżeli zatem nawet najbrzydszy kot przejdzie przez sito licencji hodowlanych to jaka jest wartość takiej weryfikacji? Oczywistym staje się fakt, że licencje nie służą swojemu głównemu celowi.

Skoro licencjami nie wyeliminujemy z hodowli kotów słabych w typie to może licencje hodowlane mają inne zalety, które uzasadniałyby ich wprowadzenie? Sprawdźmy.

Czy licencje uczą?

Sztandarowym argumentem zwolenników licencji jest rzekoma wiedza jaką ma posiąść właściciel wystawianego zwierzaka podczas wystawy. Nikt oczywiście nie podważa edukacyjnej funkcji wystaw i faktu, że udział w nich jest niezbędny jeżeli chce się być dobrym hodowcą. Ale chyba nikt na poważnie nie wierzy, że licencja hodowlana wyjeżdżona z przymusu kogokolwiek czegokolwiek nauczy?

Wrażliwość hodowlana, podobnie jak gust w sztuce, rodzi się latami. Trzeba dziesiątek wystaw, porównanych kotów, przeanalizowanych rodowodów, przeprowadzonych rozmów, a przede wszystkim niemałego zaangażowania i wysiłku głównego zainteresowanego, czyli młodego hodowcy. Dwa czy trzy dni spędzone na wystawie (bo tyle wymaga licencja) to tylko kropla w morzu potrzeb.
Tym bardziej, że nerwowa atmosfera pierwszych wystaw nie stwarza dogodnych warunków do nauki. Bardziej prawdopodobne, że te godziny upłyną na opanowywaniu działania systemu wystawowego i umiejętności przygotowania kota do oceny niż na spokojnej refleksji nad standardem rasy.

Opinia sędziego może być oświecająca wyłącznie dla osoby kompletnie „zielonej”. Tylko, że osoba bez żadnej wiedzy o rasie nigdy nie powinna znaleźć się ze swoim kotem hodowlanym na wystawie w klasie otwartej. Wcale nie powinna tego kota dostać.

„Hodowlę powinno się zaczynać od zdobywania wiedzy, a nie od kupna kota hodowlanego.” [3]

Tymczasem istnienie licencji hodowlanych sankcjonuje patologiczną sytuację gdy na wystawę trafia początkujący właściciel ze swoim pupilem w celu zweryfikowania jego wartości hodowlanej. Obowiązek zdobycia licencji zwalnia bowiem z odpowiedzialności.

Hodowca nie musi się martwić komu i jakiego kota sprzedaje, bo przecież wszystko zweryfikuje licencja. A świeżo upieczony właściciel, przyszły hodowca, może bezrefleksyjnie zdać się na werdykt sędziego i z czystym sumieniem rozmnażać swojego kota, który w końcu zdobył, nomen omen, licencję hodowlaną. Wszyscy czują się usprawiedliwieni.

Niestety taka sytuacja nie motywuje do nauki, jako że to postawienie sprawy na głowie. Hodowca i tylko hodowca może decydować o wykorzystaniu danego kota w hodowli. Hodowca nie powinien pytać sędziego o zgodność swojego kota ze standardem. Hodowca musi umieć ocenić ją sam. Hodowca nie może oczekiwać od sędziego odpowiedzi na pytanie o wartość hodowlaną kota. To hodowca musi ją znać i mieć pomysł na jej wykorzystanie w swoim planie hodowlanym. Sędzia, choćby najbardziej kompetentny, jako osoba postronna nie zna tego planu i może jedynie wypowiedzieć swoją opinię o eksterierze kota na ten konkretny dzień. A kot hodowlany to nie tylko eksterier. To przede wszystkim nie eksterier.

Licencje hodowlane więc, paradoksalnie, promują bylejakość. Stwarzają pozory działania, dają argument, że przecież „coś jest robione”, gdy tak na prawdę tylko odwracają uwagę od właściwego problemu – edukacji hodowców.

Dopóki nie będzie się dostatecznie dużo inwestować w edukację oraz oczekiwać od hodowców wiedzy i odpowiedzialności, tak długo będą istnieć hodowle słabych kotów. To nie licencje czy kontrole kotów poprawiają świat hodowlany, a zmiana mentalności ludzi.

„Chyba najwyższy czas, aby to hodowcy brali odpowiedzialność za to, jakie koty są przeznaczane do hodowli. Nie można tego zrzucać na sędziów felinologicznych, choć takie rozwiązanie jest dużo wygodniejsze, nie wymaga bowiem żadnego wysiłku intelektualnego.” [3]

Czy licencje to bat na nieuczciwych?

Ktoś może zapytać – a co z tymi którzy nie chcą się uczyć i świadomie obchodzą przepisy, często ze szkodą dla kotów? Niedogodność, utrudnienie – pewnie dla jakiejś części z nich tym byłaby licencja. Na pewno jednak nie barierą nie do przeskoczenia, o czym może świadczyć to, jak dobrze mieli się już wcześniej – za czasów powszechnie obowiązujących licencji hodowlanych. Niech kolejnym argumentem będzie fakt, że wielu producentów ma koty z tytułami i nie waha się tym chwalić.

Licencje odstraszają – ale niekoniecznie tych co powinny. Zniechęcają one osoby, które dopiero chciałyby wejść w świat hodowlany. Jeżeli wybiorą stowarzyszenie pod egidą WCF lub TICA, które licencji nie wymaga – nie ma problemu. Ale co jeśli trafią do pseudozwiązku? Mając kontakt z prawdziwymi hodowcami istniałaby szansa, że taka osoba z czasem nadrobiłaby zaległości, zmieniła nastawienie. W pseudozwiązku nie ma na to szans.

Nie oznacza to oczywiście, aby w trosce o liczbę członków w klubach nic od hodowców nie wymagać. Przepisy jednak powinny w pierwszej kolejności służyć kotom – o ileż bardziej pożyteczny byłby obowiązek specjalistycznych badań niż licencje hodowlane.

Problemy jakie stwarza licencja

Prawdziwym hodowcom licencje w niczym nie pomagają, mogą tylko przeszkadzać.

Nietrudno wyobrazić sobie sytuację, gdy hodowca nie chce w danej chwili pokazywać swojego kota. Może nie jest w kondycji wystawowej? Może schudł z powodu burzy hormonów albo przez ruje? Licencje hodowlane, jako że wymagają ocen w klasie otwartej, przesuwają wiek rozrodczy kotów hodowlanych, co w przypadku ras wcześnie dojrzewających może stawiać hodowcę przed dylematem: pojechać jak najszybciej na wystawę z osłabioną kotką w permanentnej rui czy zastosować u tak młodego zwierzęcia hormonalną antykoncepcję.

Hodowca może też mieć w domu karmiącą kotkę i nie chcieć przywieść z wystawy pamiątki w postaci choroby zakaźnej. Może jego kot ma chorobę lokomocyjną lub psychicznie źle znosi wystawy? Z słodkiego, domowego kiciusia w dusznej, przepełnionej ludźmi sali wychodzi szablozębny potwór? Inne wady, które pociągają za sobą dyskwalifikację na wystawie, a niekoniecznie muszą powodować eliminację z hodowli to wszelkiego rodzaju następstwa wypadków – od naderwanego ucha po amputację łapy, ogona, oka.

Może być też tak, że dany kot po prostu nie ma wystarczających walorów na godne reprezentowanie hodowli na wystawach. Ma za to inne cechy, które czynią go, w ocenie hodowcy, wartościowym kotem hodowlanym. Tak jak nie każda wystawowa gwiazda daje doskonałe potomstwo, tak też i odwrotnie – nie każdy dobry kot hodowlany jest świetnym kotem wystawowym.

Wystawy to konkursy piękności – nie dewaluujmy ich naganiając na nie każdego kota jak leci.

Do przemyślenia

Jak widać licencje hodowlane nie rozwiązują żadnego problemu, a wręcz tworzą kolejne. Czy istnieje więc jakiś lek na bolączki współczesnej felinologii? Pozostawiam do rozważenia:

  1. Wczesne kastrowanie wszystkich kociąt nieprzeznaczonych do dalszej hodowli jako jedyna skuteczna metoda zapobiegania niekontrolowanemu rozrodowi.
  2. Sprzedawanie kotów hodowlanych wyłącznie osobom zarejestrowanym w legalnym związku felinologicznym. Jest to punkt prosty do wpisania w regulaminy i łatwy do wyegzekwowania. Oczywiście samo zapisanie się do klubu i uiszczenie opłaty za rejestrację przydomka hodowlanego z nikogo nie zrobi od razu dobrego hodowcy, ale można to uznać za absolutne minimum, które powinno się wymagać od osoby poważnie myślącej o założeniu hodowli i chcącej kupić kota hodowlanego.

W połączeniu z wczesną kastracją kotów niehodowlanych stosowanie tej zasady w znacznym stopniu ograniczyłoby ryzyko powstawania pseudohodowli. Skoro młody hodowca jest już zarejestrowany w prawdziwym klubie istnieje mniejsze ryzyko, że zechce odejść do któregoś z pseudozwiązków.

  1. Wspieranie hodowców w poszerzaniu wiedzy – organizowanie szkoleń, seminariów, publikowanie skryptów i opracować czy nawet refundacja części kosztów kursu PawPeds. Wszystkie tego typu działania mają stukrotnie większy efekt edukacyjny niż jakakolwiek licencja hodowlana.

Słowa kluczowe: , ,

Piśmiennictwo

1. Waluśkiewicz, T., Gadzina, A. Licencje hodowlane – dlaczego jesteśmy przeciw? Magazyn KOT 7(11), 2006.
2. Czarnecka, M. Licencje TAK! Magazyn KOT 9(13), 2006.
3. Waluśkiewicz, T., Gadzina, A. Licencje hodowlane - ciąg dalszy dyskusji. Portal Edukacja-Feinologia, 2006.